Ze Stanisławem Ożogiem, posłem do Parlamentu Europejskiego z Prawa i Sprawiedliwości, rozmawia Mariusz Kamieniecki

Jak odebrał Pan informacje o studentach z Ukrainy, którzy na jednym z przemyskich parkingów fotografowali się z banderowską flagą?

Zdjęcie: stanislawozog.pl/ Internet

Zdjęcie: stanislawozog.pl/ Internet

– Jedyne słowo, jakie przychodzi mi w tym momencie na usta dla określenia tego, co się stało, to hańba! Jestem zdegustowany, że młodzi ludzie, a przynajmniej część tych, którzy podejmując studia w naszym kraju, niejednokrotnie przyznawali się do swojej polskości, którzy posiadają Kartę Polaka uprawniającą do rozmaitych ulg i korzyści, są zdolni zrobić coś takiego. Ludzie, którzy kiedyś deklarowali, że swoją przyszłość chcą związać z Polską, podeptali pamięć swoich przodków Polaków. Niemniej jednak jest to zachowanie bardzo niebezpieczne, nad którym nie wolno przejść do porządku dziennego. Nie należy też traktować tego wydarzenia w kategoriach wybryku, być może podpitych delikwentów, ale jako zjawisko o znacznie szerszym wymiarze, będące konsekwencją zachowań, które zwłaszcza w ostatnim czasie coraz mocniej odżywają na Ukrainie. Po kijowskim Majdanie obserwujemy wzmożenie ruchów nacjonalistycznych głównie na zachodniej Ukrainie, która graniczy z Polską. Po stronie ukraińskiej coraz częściej pojawiają się także postawy roszczeniowe wobec polskich terytoriów, oczekiwanie rewizji granic. Chodzi m.in. o 11 powiatów z terenu obecnego Podkarpacia, które według nacjonalistów powinny być w granicach Ukrainy, a nie Polski. To bardzo niepokojące.

Trudno się chyba dziwić takiemu zachowaniu, skoro prezydent Poroszenko, poniekąd grając nam na nosie, ustanawia 14 października, uznawany za rocznicę powstania UPA, świętem państwowym, jako Dzień Obrońcy Ukrainy…?

– Owszem. Skoro już idziemy tym tropem, to przypomnijmy, co zrobił skompromitowany były prezydent Wiktor Juszczenko, który pod koniec swego urzędowania w styczniu 2010 r. zaliczył w poczet bohaterów narodowych Ukrainy przywódcę ukraińskich nacjonalistów OUN-UPA Stepana Banderę. To był policzek dla Polski i Polaków. Tym gestem Juszczenko zagrał na emocjach wszystkich nas, Polaków, którym nazwisko Bandery i UPA kojarzy się jednoznacznie z ludobójstwem na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej.

To, z czym obecnie mamy do czynienia, nie jest dowodem, że polityka ekipy Donalda Tuska poniosła klęskę?

– Polityka partnerstwa wschodniego tak lansowana do niedawna przez rząd na czele z premierem Tuskiem i szefem MSZ Sikorskim poniosła porażkę. Przez brak rozwagi tej ekipy wśród państw, które dziś zasiadają do stołu rozmów z Rosją i Ukrainą, są Niemcy i Francja, natomiast nie ma Polski, która nie dość, że jest najdalej wysuniętym na wschód państwem Unii Europejskiej i najbliższym sąsiadem Ukrainy, jest także tym państwem, które jako pierwsze uznało niepodległość Ukrainy. Nie dość, że nas tam nie ma, to w dodatku jesteśmy dotknięci restrykcjami ze strony Rosji i tracą na tym Bogu ducha winni polscy rolnicy i hodowcy, którzy nie mogą eksportować owoców, warzyw i mięsa na rynek rosyjski.

Nie tylko na rynek rosyjski, ale także na Ukrainę, gdzie embargo na polskie mięso nadal obowiązuje…

– To kolejny przykład braku korzyści, jakie wynikają z naszego zaangażowania w sprawy Ukrainy. Czas najwyższy wyciągnąć wnioski z tej lekcji historii i uczyć się od innych. Patrząc na zaangażowanie zwłaszcza ekipy Donalda Tuska w sprawy naszego wschodniego sąsiada, można było odnieść wrażenie, że Ukraina ma się zjednoczyć z Polską, a nie z UE. Działania i agresję Rosji wobec Ukrainy należy napiętnować, ale nie powinniśmy zapominać, że nasze interesy są najważniejsze.
Jakie powinny być konsekwencje wobec min. Sawickiego, który polskich rolników nazywa frajerami?

– W każdym innym kraju minister, który w tak skandaliczny sposób wypowiada się o znaczącej grupie społeczeństwa, już dawno pożegnałby się ze stanowiskiem. Jeżeli nie zrobiłby tego sam, to na pewno zostałby zdymisjonowany. To zachowanie pokazuje, że min. Sawicki nie szanuje innych ludzi, a to dyskredytuje go w oczach opinii publicznej jako polityka, a przede wszystkim jako człowieka.
Jak zachowania nacjonalistyczne na Ukrainie są odbierane w Parlamencie Europejskim?

– Uważam, że na to, co dzieje się za naszą wschodnią granicą, zarówno my, jak i cała wspólnota unijnych państw powinniśmy patrzeć z wielką obawą i niepokojem. Zwłaszcza że po Majdanie przedstawiciele radykalnych ugrupowań nacjonalistycznych wypowiadali się w sposób bardzo roszczeniowy wobec Polski. Natomiast o tym w Brukseli się nie mówi. Projekt rezolucji przygotowany przez europarlamentarzystów PiS, w którym było m.in. potępienie dla nacjonalizmu ukraińskiego i coraz bardziej widocznych jego przejawów, a ten, który został przegłosowany, to dwa różne dokumenty. Zachód Europy w ogóle nie zauważa problemu nacjonalizmu ukraińskiego i grup, które zwłaszcza na zachodzie Ukrainy zaczynają być coraz głośniejsze. Zachód Europy koncentruje się na Rosji i robi wszystko, żeby o tym problemie w ogóle nie mówić. Na pewno zrobimy wszystko, aby ten problem nagłaśniać, bo jest to polska racja stanu.

W czwartek i piątek w Brukseli odbędzie się szczyt unijny, który ma uzgodnić nowy, dodajmy – niekorzystny dla Polski cel redukcji emisji CO2 w Unii Europejskiej po 2020 r. Czy kompromis korzystny dla Polski w sprawie redukcji emisji CO2 jest w ogóle możliwy?

– Komisja Europejska proponuje 40-procentową redukcję emisji CO2 do 2030 r. i zwiększenie udziału odnawialnych źródeł energii do 27 proc. Obowiązujący dotychczas pakiet zakłada 20-procentową redukcję emisji CO2 i 20-procentowy udział energii odnawialnej. Osobiście nie wierzę w żaden kompromis w sprawie pakietu klimatycznego. Wprawdzie na horyzoncie pojawia się jaskółka w osobie premiera Wielkiej Brytanii Camerona, który jest skłonny poprzeć stanowisko polskiej delegacji, ale w mojej ocenie to za mało. Zresztą Cameron z pewnością nie zrobi nic, aby narazić się kanclerz Merkel czy prezydentowi Hollande. Natomiast, jeżeli premier Kopacz będzie w dobrej dyspozycji, a przypomnijmy, że zapowiedziała twarde stanowisko – mianowicie, że rząd nie zgodzi się na dodatkowe koszty polityki klimatycznej UE, w tym podwyżki cen energii – to powinna użyć prawa weta. Tym samym będzie próbowała naprawić to, co zaprzepaścił w 2008 r. Donald Tusk, głosując za zwiększeniem obostrzeń klimatycznych dotyczących emisji CO2. Wprawdzie później usiłował odpowiedzialność zrzucić na innych, ale fakt pozostaje faktem, że nie zawetował pakietu klimatycznego. Teraz sytuacja jest jeszcze poważniejsza, bo obostrzenia w sprawie emisji CO2 – jak wspomniałem – są praktycznie podwojone. Nasza gospodarka w ponad 90 proc. opiera się na energii z węgla kamiennego czy brunatnego i jeżeli obecnie forsowane propozycje weszłyby w życie, to możemy mówić o krachu polskiej gospodarki.

Zapowiadane przez Ewę Kopacz weto wystarczy?

– W mojej ocenie, te szumne słowa o stanowczości to tylko zapowiedzi. Natomiast obawiam się, że w ostatecznej rozgrywce mogą być brane pod uwagę różne okoliczności, „miękkie” zapisy, które ładnie wybrzmią, natomiast nie będą niczym konkretnym skutkować, oczywiście na naszą niekorzyść.
Na nowego szefa Rady Europejskiej też nie mamy co liczyć?

– Organizator spotkań przywódców 28 państw europejskich Donald Tusk nie będzie w stanie nic zrobić, zresztą po to został wybrany na to stanowisko. Jego rolą będzie zapewnienie – mówiąc kolokwialnie – wyżerki i wypitki dla tej grupy. Nie sądzę, żeby w tym „natłoku zajęć” – nazwijmy to – gospodarczo-porządkowych miał jeszcze czas, żeby zadbać o interesy Polski, o które nie dbał dostatecznie jako szef rządu.
Dziękuję za rozmowę.

Zdjęcie: stanislawozog.pl/ Internet

Zdjęcie: stanislawozog.pl/ Internet

ŹRÓDŁO: Mariusz Kamieniecki / NASZ DZIENNIK

Jeśli chcesz aby twój komentarz pojawił się natychmiast, skorzystaj z formularza Facebooka.

Napisz komentarz: