BLOGI: "Pierwszego dnia zawsze jest super, ale po pewnym czasie..."

RZESZÓW / PODKARPACIE. Warto operować kilkoma językami. Nie tylko tym własnym i… dwoma w butach. Zapraszamy na kolejny wpis przygotowany dla państwa przez Agnieszkę Wszołek

Myślałam ostatnio o wszystkich rzeczach, które ludzie robią w celu tak zwanego samorozwoju i uderzyło mnie, ile wysiłku na to przeznaczamy. O tym, że nie potrafimy po prostu być i musimy zapełniać czymś swoje życie.

Ludzie robią mnóstwo rzeczy, aby się zmienić na lepsze i to jest fantastyczne. Podziwiam wszystkich, którym się chce. Ja na przykład chciałabym nauczyć się nowego języka. Tylko czemu to takie wyczerpujące? Mój kurs hiszpańskiego na Duolingo (Polecam. To nie jest płatny kurs, więc nie mają interesu, żeby płacić mi za reklamę, naprawdę. Chociaż mogliby.) zaczynam już chyba czwarty raz. Czwarty! I za każdym razem od nowa. Pierwszego dnia  zawsze jest super, ale po pewnym czasie staje się to mentalną pracą w kamieniołomach. Tak jest z każdym kursem, internetowym, podręcznikowym, fiszkowym, czy innym, bo wybór jest naprawdę ogromny. Ale spróbujcie sobie zrobić jeden dzień wolnego. Okaże się, że nie zaglądaliście tam przez miesiąc. I okazuje się w kamieniołomach zeszła lawina – wszystko trzeba odwalać na nowo.

Mój kochany tato twierdzi, że języka można się nauczyć w dwa tygodnie, bo słyszał o takim przypadku. Jeśli chciał mnie tym zmotywować, to raczej się nie udało. Nie ma nic bardziej demotywującego niż cudzy sukces. Dzięki tato! Teraz nie przemówię już w żadnym innym dialekcie niż polski. No i w odrobinie niemieckiego, żeby cię trochę podenerwować, ja?

Rzeszów jest na 7 miejscu w rankingu miast najchętniej odwiedzanych przez turystów z zagranicy. Przez chwilę byłam w szoku, ale potem doczytałam, że to ranking polskich miast. To ma sens. Wczoraj na przykład turysta z Kenii wygrał 9 edycję półmaratonu rzeszowskiego. To tak a propos ostatniego wpisu o bieganiu. Byłam ciekawa, czy Rzeszów mnie posłuchał i pobiegł.

Więc choćby dlatego warto się uczyć języków. Nigdy nie wiadomo, kiedy się jaki przyda. W tym wypadku potrzebne były podstawy suahili, „kukimbia” – co znaczy „biegnij”. Organizatorzy widocznie się o to postarali, bo maratończyk pobiegł. Gdyby uczestnicy znali języki, mogliby krzyknąć „kuacha”, czyli „zatrzymaj się” i na pewno mieliby wtedy większe szanse. No trudno, przynajmniej teraz macie patent na wygranie kolejnej edycji. You’re welcome.

Agnieszka Wszołek

* Materiały ukazujące się w dziale blogi są subiektywnymi opiniami autorów.

Jeśli chcesz aby twój komentarz pojawił się natychmiast, skorzystaj z formularza Facebooka.

Napisz komentarz: